Instytucja topki tak mi się spodobała, że teraz sukcesywnie będę was, moi drodzy, raczyć moimi głębokimi przemyśleniami na tematy ulubionych moich rzeczy wszelkich, a od filmu począwszy.
25. Harry Potter i Kamień Filozoficzny (Harry Potter and Philosopher’s Stone). Filmy o Harrym Potterze nie są do tego stopnia ukochane, żeby znaleźć się na liście, ale książki lubię tak bardzo, że musiałam wciągnąć któryś z nich. Kamień Filozoficzny, bo jest już najwierniej z nich oddany.

24. Deathproof, bo choć nazwany „najbardziej babskim filmem roku” to nie ma tam miejsca dla głupich dup. Do tego uwielbiam Rosario Dawson, a tam ma sobie koszulkę z jednorożcem.

23. Across the Universe, bo są Beatlesi, piękni chłopcy, poschizowany cyrk i truskawki. Główna postać kobieca wkurwia mnie co prawda tak bardzo, że aż zymby bolą, ale zasadniczo – uwielbiam. Co prawda, gdyby za kryterium przyjąć liczbę odtworzeń, znalazłby się prawdopodobnie w pierwszej piątce, jednak kryterium to nie może być decydujące, a to dlatego, że niektóre filmy nie miały szansy znaleźć się w ograniczonym katalogu dzieł posiadanych przeze mnie na kompie w pierwszym mieszkaniu, co zwiększyłoby liczbę odtworzeń kilkakrotnie. Te względy przesądzają o tym, iż kryterium ilości nie jest w tym wypadku miarodajne.

22. Marzyciel (Finding Neverland). Jeden z pierwszych filmów, w których Dżony mnie ujął, a przede wszystkim, który ujął mnie sam w sobie. Trochę to idylliczne, ale chyba właśnie o to chodziło. Są fajne i nieirytujące dzieciaki (zwłaszcza najmniejszy) i tańczący pso-niedźwiedź. Jak dla mnie wystarczy, zwłaszcza, że mam sentyment i chuj.

21. Monty Python i Święty Graal ( Monty Python and the Holy Grail). Tego nawet nie zamierzam komentować. Poziom absurdu przewyższa moją zdolność pojmowania.

20. Tenacious D i Kostka Przeznaczenia (Tenacious D and the Pick of Destiny). Znam na pamięć wszystkie piosenki z tego filmu, a Kyle Gass z włosami jest widokiem tak miażdżącym, że nie da się go zapomnieć. Ten film jest totalnie durny (vide: „penisopompki), ale najwyraźniej jednak coś w nim jest skoro może lecieć u mnie na zapętleniu cały dzień, a później i tak mam ochotę go obejrzeć.

19. Wasabi. Do końca życia nie zapomnę miny mega madafakiera, twardego skurwiela, wielkiego gangsta paradajs Jeana Reno skaczącego na DDR-ach. Nawet teraz jak o tym pomyślę to wybucham śmiechem. Do tego scena zakupów i ta rozkoszna japoneczka, który cały czas biega sobie radośnie i ignoruje swego ‘tatkę’ zupełnie jakby sobie nie zdawała sprawy kim on jest!

18. Dorwać Smarta (Get Smart). Pomijam Anne Hathaway. Pomijam Dwayne Johnsona (alias THE ROCK!!!!!). Ale w tym filmie gra mój ulubiony aktor EVER! czyli boski Steve Carell, który – owszem – swego czasu mylił mi się troszkę z Benem Stillerem, ale później zajrzałam głębiej i dostrzegłam jego geniusz. Co do filmu: pomijając już rewelacyjną mimikę Stevena, jest tam przecież scena jak on gada do buta, no kurwa! A na poważnie – tak absurdalnie idiotycznej parodii filmów szpiegowskich wszelkiego autoramentu nie widziałam i na pewno nie zobaczę, o!

17. Seksmisja. Lubię w tym filmie wszystko od ciemność widzę, ciemność poprzez do wuceta! I barykaduj! aż po idźmy na wschód, tam na pewno jest jakaś cywilizacja. Finałowa scena, w której Albert i Maksik „skradają” się do domu szefowej (czy może szefa?) kulając się po trawie i rzucając się za krzaki bawi mnie zawsze. Kevina Smitha najwyraźniej też rozbawiła, ponieważ zerżnął ją w Jay’u i Silent Bobie (moment „skradania się” tychże do laboratorium celem ukradzenia małpy, żeby zaliczyć).

16. Przerwana lekcja muzyki (Girl, Interrupted). Po pierwsze Winona. Po drugie Angie. Gdzieś tam jakiś Jared w tle, Brittany Murphy też bardzo lubię. Generalnie ciężki film. Teraz już nie chce mi się takich oglądać, nie mam do tego nerwów. Ale ten jest rewelacyjny, zarówno pod względem fabuły jak i kreacji aktorskich.

15. Miłość i inne nieszczęścia (Love and other disasters). Kolejny film z katalogu mieszkaniowego. O Brittany Murphy już pisałam. Jej przyjaciele geje są megasłodcy, a już Tallulah bije na głowę wszystkie bezbarwne damskie postaci, które w komediach romantycznych występują nagminnie. Poza tym – no ej! – to jest komedia romantyczna o gejach. Uwielbiam.

14. Przyjaciel gangstera (Tais-toi!). Ten film śmieszy zawsze i, Kosa, możesz napisać, że tamten jeden raz Cię nie śmieszył, ale przecież sam w to nie wierzysz! Puszka która ryczy jak krowa, poduszka pierdziuszka, masz smutne oczy konia i marmolada na przeczyszczenie składają się na obraz tak zajebisty, że widziałam go chyba 30 razy. Jak nie więcej bo też szło na zapętleniu. Poza tym uwielbiam Gérarda Depardieu. Merde!

13. Eurotrip. Niby typowa amerykańska komedia o super elo nastolatkach. Niby, bo przecież w innych nie pojawia się ni z tego ni z owego śpiewający David Hasselhoff. Do tego bosssski Matt Damon, który wygląda rewelacyjnie jako „prawdziwy raaaagaa” i ta keczi piosenka, którą lubię w każdej z przedstawionych wersji. Mi scusi, mi scusi!

12. Charlie i Fabryka Czekolady (Charlie and the Chocolate Factory). Johnny znowu w roli psychola, tym razem o nieskazitelnym uśmiechu i w pięknym cylindrze i znów ten dobry, obsypany nagrodami dzieciak. Dziadki leżące w łóżku przez całą dobę, Helena Bonham Carter wyjątkowo nie w roli osoby szalonej/wiedźmy. Śpiewające Oompa-Loompa i wypadające gałki oczne.
„Willy Wonka, Willy Wonka!”

11. Mała Miss (Little Miss Sunshine). Co tu dużo mówić, uwielbiam ten film. Steve gra tam rolę geja-znawcy Prousta, który zostaje porzucony dla młodszego i podcina sobie żyły. Jest chłopiec, który postanowił być niemową, bo chce być pilotem (ale i tak jest daltonistą, a przy okazji nawiasu – zauważyliście, że on wygląda jak Marian?), ojciec, który uczy innych jak być życiowym winnerem (mimo, że sam jest luzerem), dziadek-kokainista, mama na skraju załamania nerwowego i dziewuszka, która rozumie więcej niż się wszystkim wydaje. Finałowa scena zbija z nóg, dzięki takim właśnie scenom film nie jest przyciężki i dołujący. <3

10. Blues Brothers. Z tego filmu też znam wszystkie piosenki.
Ey, jak świetny musi być film, że kiedy widzę dwóch gości skaczących na trapezie w Mam Talent i słyszę, że występują do tychże piosenek to od razu mi się podoba?! Bo jest i styl i miszcz kierownicy (w Mafii potrafię parkować jak Elwood, w życiu nie:() i kantry i paru naprawdę zajebistych muzyków, którzy po prostu się muzyką bawią (a nie onanizują). Jake’a mi strasznie szkoda.
Dwójka też dobra, ale poziom jedynki jest niestety zbyt wysoki, więc siłą rzeczy wypada blado.

9. Sid i Nancy. Uwielbiam Sida, o czym truję każdemu od dawna. Uwielbiam Gary’ego Oldmana i uwielbiam historie z dragami, seksem i rokendrolem, a wszystkie te składniki można tam znaleźć. Film nie jest tak ładny jak wiele o takiej tematyce, chyba dlatego, że stara się być choć ciut autentyczny.

8. Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street (Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street). Uwielbiam ten tytuł!
No co poradzę, damn you Timie Burtonie, bo co film nakręcisz to genialnym go widzę. Fakt, że ciężko zjebać film mając Deppa, Bonham Carter i Rickmana w obsadzie, ale pykło mu wyjątkowo. Piosenki uwielbiam wszystkie (nawet jak ten smutny chłopiec śpiewa Johanna idąc ulicą), aktorzy umiejętnościami wokalnymi też mnie zaskoczyli. Co tu dużo mówić – turpistyczny klimat tego filmu musi widzowi pasować i mi pasuje.

7. Pulp Fiction.
- Who’s Zed?
- Zed’s dead, baby.
Bruce Willis (który nigdy nie miał włosów i Pulp Fiction się w tej materii też nie wyróżnia), Samjułel eL i John Travolta są zbyt dobrym zestawem ludzi jak na jeden film. Para wymieniona na drugiej i trzeciej pozycji jest chyba moją ulubionym gangsta duetem w historii. Z Ezechielowskiego 25, 17 użytek zrobił nawet Cezary Cezary co jednoznacznie określa kultowość tego filmu.
I chuj z Dirty Dancingami (który swoją drogą uwielbiam również), Step Upami i innym gównem – to tutaj jest najbardziej znana filmowa scena tańca.

6. Fight Club. O swojej miłości do Heleny Bonham Carter już pisałam, więc nie będę się powtarzać, ale nie pisałam jeszcze o swojej miłości do Boskiego Bradley’a (BB). Bo de facto jest taka zasada: jest Bradley jest dobry film, granica błędu plus minus 3%. Norton też zły nigdy nie był, dodatkowo jeszcze jakiś Jared w tle. Tyler Durden jest postacią tak barwną, że nie sposób się nie wciągnąć. Wszystkie te motywy z mydłem, blizną czy domem są celowe i dodają całości kolorytu. Fakt, że to ekranizacja, więc fabuła nie jest zasługą twórców filmu. Muszę się tą książką zainteresować, coby ocenić.

5. Lot nad kukułczym gniazdem (One Flew Over the Cuckoo’s Nest). Uwielbiam książkę, czytałam ją prawdopodobnie około 10 razy. Film zobaczyłam strasznie późno, chyba dopiero z 4 albo 5 lat temu. I tak jak w poprzednim opisie pisałam, że muszę przeczytać, żeby ocenić sposób przeniesienia na ekran, tak tutaj z całą stanowczością mogę powiedzieć, że jest to chyba najlepsza ekranizacja jaką w życiu widziałam. McMurphy jest tak pełen życia, tak niesamowicie bogaty w doświadczenia, że jak wchodzi na oddział to praktycznie rozświetla go. Wódz Bromden jak na wodza przystało jest majestatyczny niemalże i pełen wewnętrznej siły. Każdy z pacjentów zagrany jest w sposób moim zdaniem rewelacyjny. Do tego dochodzi finał, niby prosty, ale wcale nie aż tak oczywisty. Każdemu polecam.

4. To właśnie miłość (Love, actually). Prawdopodobnie najlepsza komedia romantyczna wszech czasów. Osobiście najbardziej lubię motywy związane z Keirą, jej mężem i jego przyjacielem, choć zawsze też bawi mnie sytuacja dublerów scen erotycznych. Wkurwiam się strasznie jedynie na Rickmana, że zdradził żonę, tym bardziej, że ona była na prawdę fajna. No i jest boski Hugh!
I Billy Mack.
- Nie wiedziałam, że przy narodzinach Chrystusa była więcej niż jedna krewetka.

3. Clerks II. Myślę, że nie skłamię jak napiszę, że widziałam ten film cirka 50 razy. Uwielbiam każdą jego sekundę, każdą postać, zdanie, każde drgnięcie twarzy Eliasa (który ma prawie tak dobrą mimikę twarzy jak Steve Carell). Nie wiem za bardzo co tu więcej napisać, bo geniuszu nie trzeba bronić.

2. Edward Nożycoręki (Edward Scissorhands). To nie jest wesoły film, chociaż co do zasady wesołe lubię bardziej. Jednak Edward jest wyjątkowy, de facto pomysł trochę z dupy, ale realizacja tak świetna, że końcowy efekt nie pozostawia nic do życzenia. Dobrze dobrana obsada i – co ważne – brak happyendu. Ten film nie byłby aż tak dobry gdyby skończył się inaczej i cieszę się, że nie ma tu ciśnienia na szczęśliwe zakończenie, bo takież ciśnienie zepsuło już nie jeden film.

End de masta of dizasta, de łiner et de dinner IIIIIIIIIIIIZ:
1. BIG LEBOWSKI
Jak dla mnie film wszech czasów. Wszystko mi się w nim podoba. I obsada – kurwa, Jeff Bridges, który potrafi być pięknie ogolonym doktorem w K-PAXie, wygląda tu tak… inaczej, Goodman zawsze świetny, ale jako Walter Sobchak obleciał kulę ziemską swego geniuszu czterokrotnie, zabudował ją w całości i stanął na najwyższej górze. Do tego niepozorny Steve Buscemi (uwielbiam ludzi o imieniu Steve!) ze swoim wymownym spojrzeniem (I am the walrus!). Nie chce mi się więcej pisać, bo z zachwytu rozwodzić bym się mogła jeszcze kilka godzin, a wszystkich cytatów i tak nie dam rady spisać.
A – przy okazji (auto)reklama tematyczna dla fanów. Sami robiliśmy.
Kylik

Chciałam zaznaczyć, że ta kolejność jest dość umowna. Wprowadziłam ją tylko dla zachowania porządku, bo de facto mogłabym je ułożyć alfabetycznie i też byłoby dobrze.
Brak seriali oraz filmów animowanych jest celowy. O tychże i wielu innych przeczytacie w następnych odcinkach (wiem, nie możecie się doczekać
).

























