Oda do Dary. :)

17 listopad 2009

Dzisiejsza wizyta w tym przybytku jest dla mnie samej niezwykle tajemnicza, gdyż nie mam pojęcia w jaki sposób się tu znalazłam. Przeczytałam jakieś przypadkowe dwa zdania – i jestem. Troszkę przysłużył się temu fakt, że Dara akurat się kąpie.

W tym momencie straciłam wenę i chciałam zamknąć okienko wordpressa w dzikim szale spowodowanym brakiem tematu do pisania. Ale powiedziałam sobie: “Ola, stop!”. Tak właśnie stanowczo sobie powiedziałam! I mówię sobie dalej: “Skoro ty nie masz o czym pisać to ty się zabij dziewczyno!”. Bo co, kurcze blade (cytat z Mikołajka, wiem ;) ) – dzieje się to raz i to nie mało wcale, zwłaszcza, że ostatnia notka z sierpnia. Dwa jak to nie mam o czym pisać?! Przecież ja potrafię i muszę pisać o wszystkim, wodę lać umiem jak nikt inny, a sens, ład i skład nie mają znaczenia! Zwłaszcza tutaj, gdyż jest to mój własny i osobisty Internetowy Dziennik, który nie cieszy się taką popularnością, jak poprzednie, a co za tym idzie – mogę napisać co chcę i jak chcę, bo liczba osób go wizytujących jest doprawdy znikoma.

Dara mi patrzy przez ramię i beblo (czyli truje). Nawet nie wiem dokładnie co, bo nauczyłam się ją ignorować /wybuch śmiechu/. Dara każe przekazać, że zaraz odłączy mi kabel od laptopa, ale jej nie wierzę, gdyż osoba ta zna moją twardą rękę i wie, że konsekwencje byłyby straszne. (A bidula na prawdę nie potrafi spać, jak Harry do 4 rano wywrzaskuje jej nad uchem “Flippendo!”).

- Ola, umyj ryja i idź spać – rzecze do mnie grzecznie – jebna Ci zaroz, dodej jeszcze słowo. – Widzicie?! W takim właśnie stresie żyję już od niemal półtorej roku. czy w związku z tym dziwić może fakt moich odchyleń, dziwnych, nerwowych zachowań, małpich wrzasków i drapania się? Do tego Dara cały czas harla i prątkuje (“jak dzika świnia” – precyzuje sama zainteresowana). A ja mam znów ciężko, ponieważ tata od kilku tygodni namawia mnie, abym udała się do przychodni, bądź dowolnego innego punktu szczepień, celem przyjęcia do mego organizmu wirusa grypy, co skutkować winno wytworzeniem się w moim układzie odpornościowym jing dla jang owych wirusów. Ja z charakterystyczną dla siebie werwą i stanowczością odmawiam mu systematycznie, a on na mnie ryczy (uwielbiam to słowo). No i  jeżeli teraz zarażę się od osoby Darii, to mi powie, że miał rację, a tak być nie może. Do tego umieram na korzonki (której to diagnozy jestem pewna, gdyż wydałam ją sama), a Daria każe mi dźwigać ciężkie kartony.

Chciałabym tylko dodać, że wbrew pozorom moja współlokatorka nie jest potworem (zbyt często), a wręcz zalicza się do grona najcudowniejszych osób w kosmosie (oczywiście ja jestem poza klasyfikacją.).

A wczoraj przeszłam całego Harry’ego Pottera część trzecią i i i zebrałam nawet wszystkie karty (80!), ale potem mnie miałam szyi i oczu. A teraz przechodzimy z Ukaszem w Dragon Ejdża mną. A taki koleś z mojej grupy powiedział, że przypominam mu Morticię Addams. Wartało by dodać jedynie, iż przywdziałam dziś różowy sweterek. I strasznie mi żal Piotra Sosnowskiego, choć bardzo chcę, by BrzydUla (już nie ;) ) była z Markiem.

 

Dzisiejsza notka inspirowana moją cudowną lokatorką, jej dedykowana i przez nią sponsorowana. Looow ju Darciu, Najlepszja Przijaciółko Yoghurta (oficjalny tytuł).


Holidays in Cambodia, iou.

9 sierpień 2009

Znalazłam dziś jakieś szalone notaty z czasów odległych szalenie tzn bierzących wakacji. I mnie jakoś tak wzięło, bo z jednej strony ten sumienia wyrzut, że się zakłada i nie pisze, że się porzuca, a z drugiej potrzeba wyrobienia czterech godzin od ostatniego posiłku. W każdym razie znów nadaję, niby ten stróż latarnik z białoszewskiego mrówkowca.

No i co – najpierw mosze, hajneken, lans, bans i szał ciał. I zawsze jest opcja, że człowiek może się umówić z Arturkiem i przesiedzieć cały dzień w ogródku (wszak Arturek szybko się męczy) jeżeli akurat nie ma ochoty, bądź siły na całodniowe szaleństwo. I przewygodne pufy (których mam juz w mieszkanku mojej Księżniczki II 4), a na nich frytki z sosem czosnkowym po osiemnastej toż dopiero rozpusta! Wycieczka na plaże i obraza Łukasza na morze była równie zajmująca, gdyż widok dziecka oddającego mocz do dziko zatłoczonego publicznego morza zawsze robi wrażenie i zapada w pamięć. A domku na pohajnekenowy pobyt nie ma sensu rezerwować z wyprzedzeniem, wszak można to zrobić na miejscu. Kolejna szalona przygoda rozpoczęła się w dniu, w którym się do rzeczonego domku udaliśmy, bo gdzieżby nam przyszło zapytać kierowcy gdzie dokładnie wysiąść – lepiej wszak wyskoczyć w miejscu, które intuicyjnie wydaje nam się właściwe, a potem radośnie zapierdalać przez dwaipół kilometra z walizami po drodze, na której chodnika nie uświadczysz, musisz zatem drałować poboczem odskakując co moment na zieloną trawkę targając jednocześnie za sobą walizę celem uniknięcia czołowego zderzenia z TIRem. Dodatkowym elementem składającym się na niebywały urok tego miejsca są przystanki-widmo w środku lasu, które przy odrobinie szczęścia składają się z płyt chodnikowych, ławeczki i tabliczki, zaś przy owego szczęścia braku – z kosza na śmieci. Ale nie narzekam, miejsce ładne, kwatera niczego sobie, przystanki po głębszym rozeznaniu bardzo praktyczne. No, ale przecież atrakcji byłoby za mało w związku z czym miłość ma przekorna postanowiła zafundować mi kolejną – wziął i dostał ni z tego ni z owego 40 stopni gorączki w pół godziny po zażyciu coldrexu, gdzie ja biedna nie miałam nawet termometru, chlip. Żałujcie, żeście nie widzieli: widok niby z dramatu – Ukasz rozpalony niczym piec kaflowy leży, 75% jego ciała pokrywają kompresy z ręczników, bądź rozpaćkanego papieru toaletowego, ja obok dzielnie niby matka Teresa przetrząsam internetów odmęty celem odnalezienia nowych skutecznych metod zbicia gorączki (jak później uznałam tylko po to, by zająć czymś myśli) i nagle jest, niczym promyk jutrzenki! Temperatura spadła o dwa stopnie, możemy iść spać! Następny dzień zastał nas z pustymi brzuchami i bez niczego czym moglibyśmy je napełnić i w strugach deszczu stoimy na przystanku jak ciule, ja bez kaptura. W “centrum” naszej wspaniałej wyspy Sobieszewskiej podział na aptekę i delikatesy i, ach nigdy doprawdy nie zapomnę jak jadłam tego pierdolonego kebaba i dreszcze mną targały dzikie i biegnąc na przystanek musiałam sobie go zasłaniać, żeby mi doń nie napadało, a w autobusie ukrywać w torbie. Był to najtrudniejszy posiłek w moim życiu. Ale potem już fajnie bo i Gdańsk i Sopot kamieniczki, Neptun i molo, ha – jesteśmy wszak w trójmieście. I zdjęcia cykane niby dłonią Japończyka, żeby cokolwiek mieć na swą obronę, gdy wszyscy zarzucą nam, że w ogóle nie wychodziliśmy z domku. Pięciogodzinny powrót do domu na pół litrze wody i samych słonych rzeczach w skwarze i przy szybie stanowił gehennę, którą przeżyliśmy resztkami sił, dokładnie na takiej samej zasadzie jak ten dzielny i przyjazny Łili jechał przyczepą systematycznie usychając, w którejś tam “Uwolnić orkę z kolei”.

Mieliśmy na prawdę zajebiste wakacje! :)


Everybody dance now!

9 czerwiec 2009

Tak sobie dobrze dzień dziś zaczęłam, że mówię – a, kurwa, niech stracę, już coś napiszę.

Nie wiem, czy jest jakiś sens wspominać, że padam na pysk generalnie, że kawa rozpuszczalna na tajgerze  nie jest najlepszym pomysłem, że zupka chińska + jogurcik z tymi pysznymi czekoladowymi chrupkami dziennie są idealnym przepisem na nabycie sylwetki anemicznej dosłownie (znowu, ha!), że nie warto kupować obuwia, na piętnastocetymetrowej platformie, bo najpewniej i tak zostaną nazwane butami “misja na marsa”, że nie można prosić mężczyzny twego o instalację Unreala w sesji, że im więcej ludzi na piętnastu metrach kwadratowych tym zabawniej, ze fakt, że ktoś ustawił sobie ”przyjaciołom elo” na dzwonek na mnie świadczy o tym, że molesta wypracowała sobie jakąś pozycję w Polsce. Nie będę w związku z tym pisała o tym, że UOOP jest najnudniejszym chujstwem, jakiego mi się w życiu zdarzyło uczyć, ale które od 3 dni staje się coraz bardziej znośne ze względu na krzepiącą obecność Mihaiłka, że Dara bezustannie dołuje mnie jak źle jem, czytając mi głośno fragmenty jakiejś książeczczyny o fastfódach, że Łukasz jutro przyjedzie na dni 10 zabierając wraz ze swoją osobą 100 ton rozrywek wszelkich, co – jak podejrzewam – sukcesywnie będzie odciągać moją uwagę od innego szalenie wciągajacego tematu jakim niewątpliwie jest prawo rzymskie. :)

Mam zdjęcie z Dejzą, a nawet kilkanaście, biegam pół godziny dziennie, jestem zajebista i śpię nago. Palę cienkie papierosy, wg mojej starej teorii, że jeśli palić będę papierosy cienkie, to prędzej czy później muszę przybrac ich kształt. Miętowe, żeby nie śmierdzieć oczywiście. Poza tym mają takie cudne motylki na filtrach. Zapijam kawę skurwiałą tajgerem, który to pikawopędny szit nie robi na mnie już większego wrażenia. W głośnikach Urszula Sipińska – Cudownych rodziców mam. Ktoś pragnie powiedzieć cokolwiek na temat mojego stanu psychicznego? Osobiście nie radzę, gdyż jak widać pełni władz umysłowych nie posiadam obecnie, co oznacza, że dostanę tabliczkę “popełnione w afekcie” i do widzenia.

Fotka mnie straszy od pół roku, że bardzo jej przykro, ale w przyszłym tygodniu będzie mi musiała usunąć konto, którego nie mam. W zeszłym tygodniu zbudowałam w Egipcie Stonehenge tuż obok Taj Mahalu, za wierzą Eiffla, acz odrobinę przed Statuą Wolności. A mój mężczyzna zaczął przynosić mi kwiaty. Świat oszalał.

Chciałam jeszcze dodać, że Sipińska była jednorazowym wyskokiem, co oznacza, że przez większość czasu słucham jednak piosenki, którą ja nazywam Jacu jacu ja, na prawdę nazywa się Baba Yetu i jest modlitwą Ojcze nasz wyrażoną w języku swahili, o!


ekhem, ekhem, ekhem

7 maj 2009

Jestem tak strasznie chora, że prawdopodobnie dzisiaj umrę, bo to nie jest możliwe, żeby wszystkie symptomy występujące u mnie nie zwiastowały śmierci nagłej, acz bolesnej. Za każdym razem, kiedy kaszlę boję się, że wykaszlę sobie kawałek płuca, względnie jakiegoś innego istotnego organu, a to nie byłoby fajne i ja tak nie chcę. Nie wspomnę już ni słowem o mojej stopie, kontuzjowanej bez mała tydzień temu, której od tamtego czasu nie daję możliwości odrodzić się z popiołów niedomagania, sukcesywnie dokontuzjowując ją sobie na 100 różnych sposobów (będę brał cię…).

Ponadto, jak chyba da się wywnioskować z samego faktu znalezienia w tym zapadłym przybytku informacji zamieszczonej przez moją osobę, powinnam robić coś zupełnie innego. Nie będzie chyba zaskoczenia, jeżeli napiszę, iż uczyć się winnam, w związku z czym rozwijam znów swoją niesamowitą umiejętność wynajdywania setki spraw na wczoraj. Jedną z takich spraw (NA PRAWDĘ!) jest dodanie tu notki, któraż to sprawa od dłużego czasu za mną chodzi, niczym ten zapach z reklamy perfum. Chętnie obejrzałabym BrzydUlę, żeby sprawdzić, co osoby dziś wyrabiać będą, ale ze względu na przyjętą wcześniej metodę oglądania raz na tydzień całości – nie mogę, ponieważ nie widziawszy 3 wcześniejszych odcinków na pewno nie załapałabym o co chodzi (no dobra – załapałabym, ale nie ma w ogóle przyjemności z takiego oglądania!).

Pierdolę dziś wyjątkowo, ja wiem, ale zwalę to na gorączkę, której mam dzisiaj co najmniej stopni 40, a może i nawet 45, więc nie mogę myśleć racjonalnie.

Buuzi.


A ja przedwczoraj ściszałam telewizor!

1 marzec 2009

Założyłam twardo bloga coby pisać, po paru tygodniach wkurwiania się, że pisać nie mogę i mi zapał przeszedł natychmiast. Udało mi się jednak zebrać w końcu w sobie i zasiadłam, choć wątpię, że w stanie obecnym cokolwiek sensownego wyemitować z siebie będę w stanie. Ale – ostatecznie kto powiedział, że musi być sensownie. Kiedyś już coś o tym pisałam, że nawet w bezsensie sensu pewne ilości odnaleść można i ponownie nie ma to żadnego związku z niczym, o tak – zdecydowanie wracam do formy.

Generalnie nie wiem co się dzieje – miasto me rodzinne zasypane niczym dalekie tajgi, lub też nawet tundry. I o ile jestem jeszcze w stanie zrozumieć, że w Pszczynie śnieg mógł się uchować, o tyle widok słynnej Żaby Ze Stawowej, tonącej po swe żabie uszy (których umiejscowić co prawda nie potrafię, acz strzelam, że tam się znajdują) w zwałach śniegu. I o ile nie mogę powiedzieć, iż stolica naszego rześkiego regionu zmieniła się w bajkową krainę nie skalaną dotykiem ręki ludzkiej, o tyle jakże miłym zaskoczeniem jest widok  choć niewielkiej ilości w miarę białego śniegu miast wszelkich odrapanych budynków, szarych ulic i zniszczonych reklam. Aż z tego wszystkiego palę mniej papierosów w drodze do szkoły, bo niby kontempluję.

Szkoła, nota bene, jest kolejną kopalnią wrażeń i zagłębiem ciekawych (z tego, czy innego powodu) osobowości (a w zasadzie osobliwości). Bo, kurwa, od pierwszego wejrzenia wiedziałam, że nasz wydziałowy ulubieniec, nasz promyczek szczęścia i radosny uśmiech będzie boskim typem. Nie zdziwił mnie zupełnie widok tego jegomościa w jesionce typu Buc, meloniku a’la Pete Doherty oraz aktóweczce rodem z Magdy M. (zwróćcie swoję drogą uwagę jak nasz Dobry Ząb doskonale potrafi miksować jakże skrajne style!), ale jak ostatnio byłam świadkiem szczytu dobrej zabawy polegającej na opowiadaniu sobie dowcipów o akwizytorach i zataczaniu się śmiechem do tego stopnia, że aż umożliwiła mi ona wyminięcie ich w kolejce do szatni – zwątpiłam. Że już nie wspomnę o naszym zacnym Szeryfie, który swą inteligencją, oczytaniem jak również szeroko pojętym oblataniem, a nade wszystko – miną – oświeca nasze umysły i daje mi nadzieję na lepsze jutro. Kurwa, bo najgorzej z tymi prawnikami.

Poza tym ja znów, kurwa, nie nadążam za moim życiem, bo ja to posiedzieć lubię, odpocząć, się poopierdalać, a ilekroć coś takiego ma miejsce, to mnie szlag trafia i muszę już i zaraz i natychmiast gnać przed siebie celem załatwienia czterech milionów spraw niezbędnych, spraw na wczoraj, obskoczenia czternastu spotkań towarzyskich i zaliczeniu czterech wizyt na zasadzie “a teraz chwilka tylko dla mnie”. I już potem nie wiem, czy ja za nudą tęsknię, czy za pośpiechem.

I w ogóle. Tak jakoś.


Helou.

28 luty 2009

Nie wytrzymałam presji i nacisków mojego szeroko pojętego otoczenia, złamałam się, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – teraz mogę lansować się na citi posiadaniem bloga na łodrpresie, ha! A poważnie – nie wytrzymałam nerwowo faktu, iż na moim słodkim majlożku mniej więcej od roku trwa permanentna przerwa techniczna. Człowiek siada do laptopka myśląc, iż Internety dadzą mu sto pięćdziesiąt tysięcy powodów do odroczenia obowiązków, które wypełnić musi, acz niekoniecznie mu się chce, wklepuje wuwuwu majlog peel licząc na radosne pół godziny pierdolenia o niczym i…? Dowiaduje się, że w godzinach 3-4 w nocy (godzina demonów, aaa!) ma miejsce modernizacja serwerów i niezależnie od tego ile na zegarze widzi, komunikat ów pojawia się z niegasnącym zapałem nie licząc się zupełnie z ilością odświeżeń strony, ni poziomem irytacji użytkownika. I choć łezka się w oku kręci, bo – było nie było z majlożkiem związana już jestem niemal cztery lata – zmuszonam była wybrać nowy serwis, by zaspokoić moją chorą potrzebę pisania czegokolwiek. Tematyka się nie zmieni – wszak, jeżeli znalazło się już ciekawy (a nie wykluczone, że najciekawszy możliwy) temat do pisania, to po co kombinować i wymyślać coś innego? Dlatego uspokajam, drodzy moi, informacje o mnie i moim krejzi imejzink życiu pojawiać się będą nadal – niekoniecznie regularnie, bo mam parę ciekawszych zajęć niż tkwienie przed monitorem. Ale pisać nie przestanę prawdopodobnie nigdy, o czym z resztą już wielokrotnie wspominałam.

Jak pierwsza lekcja krótką być winna, tak według mnie i notka pierwsza ów przymiot posiadać musi, dlatego kończę ją czym prędzej, bo o organizacyjnych sprawach pitolić nie lubię i do zobaczenia w notce drugiej, już z pewnością o niebo ciekawszej, bo poświęconej mojej osobie.