Znalazłam dziś jakieś szalone notaty z czasów odległych szalenie tzn bierzących wakacji. I mnie jakoś tak wzięło, bo z jednej strony ten sumienia wyrzut, że się zakłada i nie pisze, że się porzuca, a z drugiej potrzeba wyrobienia czterech godzin od ostatniego posiłku. W każdym razie znów nadaję, niby ten stróż latarnik z białoszewskiego mrówkowca.
No i co – najpierw mosze, hajneken, lans, bans i szał ciał. I zawsze jest opcja, że człowiek może się umówić z Arturkiem i przesiedzieć cały dzień w ogródku (wszak Arturek szybko się męczy) jeżeli akurat nie ma ochoty, bądź siły na całodniowe szaleństwo. I przewygodne pufy (których mam juz w mieszkanku mojej Księżniczki II 4), a na nich frytki z sosem czosnkowym po osiemnastej toż dopiero rozpusta! Wycieczka na plaże i obraza Łukasza na morze była równie zajmująca, gdyż widok dziecka oddającego mocz do dziko zatłoczonego publicznego morza zawsze robi wrażenie i zapada w pamięć. A domku na pohajnekenowy pobyt nie ma sensu rezerwować z wyprzedzeniem, wszak można to zrobić na miejscu. Kolejna szalona przygoda rozpoczęła się w dniu, w którym się do rzeczonego domku udaliśmy, bo gdzieżby nam przyszło zapytać kierowcy gdzie dokładnie wysiąść – lepiej wszak wyskoczyć w miejscu, które intuicyjnie wydaje nam się właściwe, a potem radośnie zapierdalać przez dwaipół kilometra z walizami po drodze, na której chodnika nie uświadczysz, musisz zatem drałować poboczem odskakując co moment na zieloną trawkę targając jednocześnie za sobą walizę celem uniknięcia czołowego zderzenia z TIRem. Dodatkowym elementem składającym się na niebywały urok tego miejsca są przystanki-widmo w środku lasu, które przy odrobinie szczęścia składają się z płyt chodnikowych, ławeczki i tabliczki, zaś przy owego szczęścia braku – z kosza na śmieci. Ale nie narzekam, miejsce ładne, kwatera niczego sobie, przystanki po głębszym rozeznaniu bardzo praktyczne. No, ale przecież atrakcji byłoby za mało w związku z czym miłość ma przekorna postanowiła zafundować mi kolejną – wziął i dostał ni z tego ni z owego 40 stopni gorączki w pół godziny po zażyciu coldrexu, gdzie ja biedna nie miałam nawet termometru, chlip. Żałujcie, żeście nie widzieli: widok niby z dramatu – Ukasz rozpalony niczym piec kaflowy leży, 75% jego ciała pokrywają kompresy z ręczników, bądź rozpaćkanego papieru toaletowego, ja obok dzielnie niby matka Teresa przetrząsam internetów odmęty celem odnalezienia nowych skutecznych metod zbicia gorączki (jak później uznałam tylko po to, by zająć czymś myśli) i nagle jest, niczym promyk jutrzenki! Temperatura spadła o dwa stopnie, możemy iść spać! Następny dzień zastał nas z pustymi brzuchami i bez niczego czym moglibyśmy je napełnić i w strugach deszczu stoimy na przystanku jak ciule, ja bez kaptura. W “centrum” naszej wspaniałej wyspy Sobieszewskiej podział na aptekę i delikatesy i, ach nigdy doprawdy nie zapomnę jak jadłam tego pierdolonego kebaba i dreszcze mną targały dzikie i biegnąc na przystanek musiałam sobie go zasłaniać, żeby mi doń nie napadało, a w autobusie ukrywać w torbie. Był to najtrudniejszy posiłek w moim życiu. Ale potem już fajnie bo i Gdańsk i Sopot kamieniczki, Neptun i molo, ha – jesteśmy wszak w trójmieście. I zdjęcia cykane niby dłonią Japończyka, żeby cokolwiek mieć na swą obronę, gdy wszyscy zarzucą nam, że w ogóle nie wychodziliśmy z domku. Pięciogodzinny powrót do domu na pół litrze wody i samych słonych rzeczach w skwarze i przy szybie stanowił gehennę, którą przeżyliśmy resztkami sił, dokładnie na takiej samej zasadzie jak ten dzielny i przyjazny Łili jechał przyczepą systematycznie usychając, w którejś tam “Uwolnić orkę z kolei”.
Mieliśmy na prawdę zajebiste wakacje!