Dzisiejsza wizyta w tym przybytku jest dla mnie samej niezwykle tajemnicza, gdyż nie mam pojęcia w jaki sposób się tu znalazłam. Przeczytałam jakieś przypadkowe dwa zdania – i jestem. Troszkę przysłużył się temu fakt, że Dara akurat się kąpie.
W tym momencie straciłam wenę i chciałam zamknąć okienko wordpressa w dzikim szale spowodowanym brakiem tematu do pisania. Ale powiedziałam sobie: “Ola, stop!”. Tak właśnie stanowczo sobie powiedziałam! I mówię sobie dalej: “Skoro ty nie masz o czym pisać to ty się zabij dziewczyno!”. Bo co, kurcze blade (cytat z Mikołajka, wiem
) – dzieje się to raz i to nie mało wcale, zwłaszcza, że ostatnia notka z sierpnia. Dwa jak to nie mam o czym pisać?! Przecież ja potrafię i muszę pisać o wszystkim, wodę lać umiem jak nikt inny, a sens, ład i skład nie mają znaczenia! Zwłaszcza tutaj, gdyż jest to mój własny i osobisty Internetowy Dziennik, który nie cieszy się taką popularnością, jak poprzednie, a co za tym idzie – mogę napisać co chcę i jak chcę, bo liczba osób go wizytujących jest doprawdy znikoma.
Dara mi patrzy przez ramię i beblo (czyli truje). Nawet nie wiem dokładnie co, bo nauczyłam się ją ignorować /wybuch śmiechu/. Dara każe przekazać, że zaraz odłączy mi kabel od laptopa, ale jej nie wierzę, gdyż osoba ta zna moją twardą rękę i wie, że konsekwencje byłyby straszne. (A bidula na prawdę nie potrafi spać, jak Harry do 4 rano wywrzaskuje jej nad uchem “Flippendo!”).
- Ola, umyj ryja i idź spać – rzecze do mnie grzecznie – jebna Ci zaroz, dodej jeszcze słowo. – Widzicie?! W takim właśnie stresie żyję już od niemal półtorej roku. czy w związku z tym dziwić może fakt moich odchyleń, dziwnych, nerwowych zachowań, małpich wrzasków i drapania się? Do tego Dara cały czas harla i prątkuje (“jak dzika świnia” – precyzuje sama zainteresowana). A ja mam znów ciężko, ponieważ tata od kilku tygodni namawia mnie, abym udała się do przychodni, bądź dowolnego innego punktu szczepień, celem przyjęcia do mego organizmu wirusa grypy, co skutkować winno wytworzeniem się w moim układzie odpornościowym jing dla jang owych wirusów. Ja z charakterystyczną dla siebie werwą i stanowczością odmawiam mu systematycznie, a on na mnie ryczy (uwielbiam to słowo). No i jeżeli teraz zarażę się od osoby Darii, to mi powie, że miał rację, a tak być nie może. Do tego umieram na korzonki (której to diagnozy jestem pewna, gdyż wydałam ją sama), a Daria każe mi dźwigać ciężkie kartony.
Chciałabym tylko dodać, że wbrew pozorom moja współlokatorka nie jest potworem (zbyt często), a wręcz zalicza się do grona najcudowniejszych osób w kosmosie (oczywiście ja jestem poza klasyfikacją.).
A wczoraj przeszłam całego Harry’ego Pottera część trzecią i i i zebrałam nawet wszystkie karty (80!), ale potem mnie miałam szyi i oczu. A teraz przechodzimy z Ukaszem w Dragon Ejdża mną. A taki koleś z mojej grupy powiedział, że przypominam mu Morticię Addams. Wartało by dodać jedynie, iż przywdziałam dziś różowy sweterek. I strasznie mi żal Piotra Sosnowskiego, choć bardzo chcę, by BrzydUla (już nie
) była z Markiem.
Dzisiejsza notka inspirowana moją cudowną lokatorką, jej dedykowana i przez nią sponsorowana. Looow ju Darciu, Najlepszja Przijaciółko Yoghurta (oficjalny tytuł).